IT i edukacja w Lindzie

Gdyby ludzie robili tylko to, co wyglądało na możliwe, do dzisiaj siedzieliby w jaskiniach. (Stanisław Lem)

Wyjeżdżając dwa lata temu z Zambii zostawiłem mojego starego laptopa jednemu z najbardziej rozgarniętych ministrantów. Pewnego dnia przejeżdżałem z ministrantami obok końcowego przystanku dla minibusów w Lindzie. – Bambo (ang. ojciec, ksiądz), kiedyś był tu tylko jeden autobus i ludzie czekali na niego, a teraz minibusy czekają na ludzi – zaśmiał się na głos, siedząc na tylnym siedzeniu pickupa. Odwróciłem się i popatrzyłem na niego z niedowierzaniem. Miał rację. Tak było w czasach Kaundy, pierwszego prezydenta Zambii, który w 1965 r. wprowadził politykę filozofii humanizmu, będącą afrykańską odmianą socjalizmu.

Po kilku tygodniach po powrocie do Polski otrzymałem od Lawrence’a informacje na Messengerze i zdjęcie reklamy, jaką zrobił dla miejscowego supermarketu. Nad ulicą wisiał duży kolorowy bilbord. Na moim komputerze zostawiłem program graficzny. To wystarczyło.

W Botswanie byłem 6 lat. To jeszcze przed Zambią. W 2002 r. kupiłem pierwszy komputer dla przedszkolu w Maun. Miałem dobre programy do nauki angielskiego dla dzieci. Każde dziecko miało swoją ikonę. Mogło uczyć się swoim tempem i zapisywać swój poziom. Z jednego komputera korzystała cała grupa. Każde dziecko po 15 minut dziennie. Na komputerze stała klepsydra.

– Elizabeth, chodź, pokażę ci, jak włączyć grę – powiedziałem do przedszkolanki. Była cała zdenerwowana. – Nie, boję się, mogę coś popsuć – próbowała się wymówić.

Byłem załamany. Nie przewidziałem tego. – Chodź tutaj – mówią do pierwszego lepszego dziecka z brzegu. – Siadaj! Włączyłem komputer i uruchomiłem program. Zacząłem powoli tłumaczyć. Dziecko pierwszy raz w życiu wzięło do ręki myszkę. Bez żadnej obawy. Bardziej bało się chyba mnie, siedzącego obok, niż komputera. – Kliknij lewym przyciskiem myszki – tłumaczę. Dziecko klika. Pomagam placem. Nie musiałem już drugi raz nic mówić ani pokazywać. Dziecko zaczęło samo się bawić myszką i śledzić kursor na ekranie komputera. Siedziałem jak wmurowany. Wstałem i nie mogłem uwierzyć. Poprosiłem następne. Poszło tak samo sprawnie. Następnego dnia rozpoczęliśmy zajęcia.

W Afryce jest nie tylko bieda i wojny. To stereotypowe spojrzenie na Afrykę, które wielu wprowadza w błąd. To dopiero początki, ale tutaj powstają też nowoczesne i ciekawe rozwiązania finansowe. W ubiegłym roku już po raz trzeci zorganizowano w Ugandzie konferencję „Blockchain Africa”, podczas której dyskutowano na temat prawnych, ekonomicznych i socjologicznych aspektów korzystania z kryptowalut w afrykańskim kontekście. W Rwandzie za pomocą dronów dostarczana jest krew i lekarstwa do szpitali w oddalonych regionach kraju, gdzie nie ma dróg. W Afryce zaczynają powstawać ciekawe firmy z branży IT, a młodzi ludzie programują i tworzą interesujące aplikacje mobilne. To na razie początki.

Jeszcze dwa lata temu w Zambii Internet był drogi i dostępny tylko drogą radiową dla nielicznych. Za 5 GB Internetu na komórkę płaciłem 35 USD. Nie zawsze działał. Połączenie było najszybsze wieczorem. Z początku nagrywałem kazania wolnorynkowe dla Kontestacji. Po setnym nagraniu zrezygnowałem. Wysyłanie kosztowało mnie więcej czasu niż pisanie i nagrywanie. Zawsze musiało się gdzieś coś zawiesić i musiałem wznawiać przesyłanie pliku.

– Nie ma Internetu. Co się stało? – krzyczy zdenerwowany Kuba. – Niemożliwe. Przecież kupiliśmy 5 GB i miało starczyć na nasze zajęcia – powiedziałem zdziwiony. – Tak, zgadza się. Ale już nie ma. Kuba sprawdził wszystkie komputery w salce u salezjanów w Kabwe, gdzie pojechaliśmy z ministrantami na obóz komputerowy. Dawno nie były podłączone do Internetu, więc po włączeniu same zaczęły się aktualizować.

W Lindzie każdy ma komórkę, ale na miejscowym rynku można kupić zdrapki przeważnie po 2 kwacha (1 USD = 10,3 ZMK). Są też po 5 kwacha, ale nigdy nie widziałem za 50.

Po zbudowaniu przedszkola przyszedł czas na jego otwarcie. Jedna klasa była przeznaczona na komputery. Przywieźli je wolontariusze. Zrobiłem ogłoszenie. Zgłosiło się około dwudziestu kandydatek na przedszkolanki. Jednym z wymogów była podstawowa znajomość obsługi komputera.

– Napisz swoje nazwisko – powiedziałem. Pierwsza kandydatka była trochę zdenerwowana. Potem było trochę gorzej, ale dała radę. Następna zrezygnował z podejścia. Nigdy nie używała komputera. Kolejna też. Na zajęciach w college’u dla przedszkolanek nauczyciel narysował im tylko klawiaturę na tablicy. To był jej cały kontakt z komputerem. Na zakończenie rekrutacji ucieszyłem się, że miałem jedną przedszkolankę, która była w stanie zrobić coś samemu na komputerze i prowadzić zajęcia dla dzieci. To była ta pierwsza.

W 2013 r. zrobiliśmy pierwszy kurs komputerowy w Lindzie. John robi rozliczenia w Excelu. Sam mógłby uczyć dzieci, ale nie może zajęć z komputerem wprowadzić do zajęć szkolnych. Nikt w Lidzie nie byłby w stanie zapłacić czesnego.

Dwa lata temu Monika zawiozła używane laptopy do Lindy. To samo zrobiła, kiedy pojechała w tym roku po raz drugi. Mamy zamiar zawieźć następne i na stałe podłączyć Internet, który jest już o wiele tańszy. Chcemy dać im szansę…