Prywatna szkoła w Lindzie

 „Jeśli historia mogłaby nas czegokolwiek nauczyć, to niewątpliwie tego, że żaden naród nie stworzył wyższej cywilizacji bez poszanowania prawa do posiadania własności prywatnej” (Ludwig von Mises)

Johna poznałem w 2011 r. w Lindzie na parafii, do której zostałem przeznaczony po kolejnym powrocie do Afryki. Była to misja położona w biednej i gęsto zaludnionej dzielnicy na obrzeżach Lusaki. John był w radzie parafialnej. Przedstawił się jako właściciel prywatnej szkoły.

– John, dostałem maila od znajomego. Jego przyjaciel chciałby przyjechać do Afryki na wolontariat. Nie wiem, co z nim zrobić. Nie mam jeszcze plebani ani szkoły. Czy mógłby zamieszkać i popracować u ciebie w szkole? – zapytałem nieśmiało przez telefon. Nie wierzyłem, że się zgodzi.

– Tak, to świetny pomysł. Będę się mógł czegoś nowego nauczyć – odpowiedział po chwili namysłu. Ucieszyłem się. Nie wiedziałem jeszcze, że zaczynam odkrywać Afrykę, której jeszcze nie znałem.

Antek, absolwent AWF w Warszawie, był pierwszym wolontariuszem w Lindzie. Nie było jeszcze Fundacji ASBIRO. Na drugi dzień po telefonie poszedłem pierwszy raz do Johna. Zobaczyłem szkołę. Budynki szkolne były pokryte pordzewiałą, falistą blachą. Klasy były bardzo małe bez sufitów. W ławkach szkolnych zbitych prowizorycznie z desek uczniowie siedzieli tuż obok siebie ściśnięci jak śledzie. Wchodząc do klasy, uderzyłem się w głowę o nieotynkowany mur z pustaków nisko nad wejściem. John zaprosił mnie do swojego biura. Obok starego, zakurzonego peceta była dziewięciogłowa drukarka. Miałem kiedyś podobną.

– John, dlaczego prowadzisz prywatną szkołę? Tuż obok jest przecież duża szkoła społeczna. Jaki to ma sens? – zapytałem po chwili. John opowiedział mi wcześniej o sobie. Kilka lat wcześniej był nauczycielem, ale nie dawało mu to satysfakcji. Marzył o własnej szkole. Rodzice płacą czesne. John prowadzi za to szkołę i utrzymuje z tego swoją rodzinę. 130 uczniów uczęszcza do szkoły. Dzieci i rodzice są zadowoleni.

Father, u mnie wszyscy zdają końcowe egzaminy w języku angielskim. W szkole społecznej dużo dzieci nie daje rady. Odpowiedź Johna była dla mnie kolejnym zaskoczeniem. W Lindzie jest jeszcze szkoła publiczna. Tuż obok niej jest także mała szkoła prywatna.

– Dlaczego prywatne szkoły powstają w biednych dzielnicach w Lusace? Skąd rodzice mają pieniądze na czesne? – zastanawiałem się. Nie wiedziałem tego, a powinien się tego domyślić. Czy ktoś płaciłby za coś, co może mieć obok za darmo? John wprowadzał mnie w świat prywatnych szkół w Afryce.

Podobnie myślał kiedyś James Tooley, brytyjski badacz fenomenu prywatnych szkół w krajach rozwijających się. Zmienił zdanie, kiedy wjechał do slumsów w Indiach i zauważył ogłoszenie o prywatnych szkołach. W swojej książce The Beautiful Tree: A personal journey into how the world’s poorest are edu­cating themselves opisuje, jak duch przedsiębiorczości i miłości rodziców do swoich dzieci sprawia, że powstają prywatne szkoły w różnych zakątkach świata. J. Tooley zabiera nas w podróż po niskobudżetowych szkołach począwszy od afrykańskich slumsów a skończywszy na górach Gansu w Chinach. Rodzice nie żałują pieniędzy na edukację i do głowy im nawet nie przychodzi, że powinno to zrobić a nich państwo.

Tooley pojechał do Liberii i Sierra Leone. Zobaczył, że w państwach znisz­czonych przez wojny domowe powstały setki małych prywatnych szkół. Są to małe szkoły prowadzone przez małych przedsiębiorców. W slumsach na obrzeżach Monrowii, stolicy Liberii, autor znalazł 430 prywatnych szkół. Rodzice płacą czesne, które jest odpowiednie do ich kieszeni i nikogo to nie dziwi.

Inne badania potwierdzają utrzymującą się od wielu lat tendencję, że liczba małych szkół prywatnych w krajach rozwijających się stale powiększa się. Kenia jest kolejnym przykładem. Prawie połowa uczniów szkół podstawowych w Nairobi uczęszcza do szkół prywatnych. Dzieje się tak pomimo faktu, że 15 lat temu rząd wdrożył darmowy program edukacji podstawowej.

Z Lindy wyjechałem po 5 latach. Myślałem, że pożegnałem się już z Afryką na dobre. Inicjatorem mojego powrotu do Zambii i kontunuowania wolontariatu, tym razem w szkole Johna, był Michał. Wcześniej koordynował wyjazdy wolontariuszy do mojej parafii w Lindzie, gdzie razem budowaliśmy przedszkole. Pod koniec 2016 r. powróciłem do Zambii jeszcze raz na krótko, aby razem z Moniką rozpocząć nowy projekt Fundacji ASBIRO, który ma na celu wysyłanie wolontariuszy do Lindy i współpracę z Johnem nad rozwojem jego szkoły. Wyremontowaliśmy mieszkanie dla wolontariuszy przy szkole, wywierciliśmy studnię i przygotowaliśmy plany remontu szkolonych budynków. Fundusze pochodzą tylko od prywatnych ofiarodawców. Są nimi także sami wolontariusze, którzy płacą za swój pobyt, a zarobione w ten sposób pieniądze John inwestuje w rozwój szkoły.

W marcu br. Monika pojechała do Lindy, by zakupić 50 ławek z funduszy ASBIRO i ze zbiórki, którą sama przeprowadziła na Internecie i wśród swoich znajomych.